Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami prologiem kolejnego opowiadania mojego autorstwa. Życzę miłej lektury.
PROLOG
- Tatusiu, tatusiu! - Z zamyślenia wyrwał mnie głos mojej małej księżniczki wdrapującej mi się na kolana. - Mamusia dzisiaj wróci? - Jak co dzień spytała z nadzieją w głosie, zwijając się w kłębek. Zawsze tak robiła, gdy wspominaliśmy Luizę. Wiedziałem jak bardzo za nią tęskni. Spojrzała na mnie tym swoim wzrokiem zbitego pieska. Westchnąłem ciężko. Za każdym razem, gdy słyszałem to pytanie serce mi pękało. Co miałem odpowiedzieć? Sam chciałabym znać odpowiedź.
- Nie wiem, słoneczko... Nie wiem nawet, gdzie mamusia teraz jest -odpowiedziałem cicho. Mocno przytuliłem córkę. Mówiłem prawdę. Nie chciałem okłamywać małej, dawać jej nadziei, czy mówić czegoś w rodzaju: „Byłaś grzeczna w tym roku, mama na pewno dzisiaj wróci”. Miała sześć lat, dużo już rozumiała. - Uplotę ci warkocz, chcesz? - spytałem, szybko zmieniając temat. Im dłużej rozmawialiśmy o mojej ukochanej, tym niezręczniej się czułem. Lubiłem znać odpowiedzi na zadawane pytania, zwłaszcza, jeśli pytającą była moja córeczka. Uśmiechnąłem się do niej delikatnie.
- A mogę założyć dzisiaj sukienkę od cioci, tę w groszki?
- Oczywiście, będziesz w niej wyjątkowo ślicznie wyglądała. Ciocia ci pomoże. Jest w kuchni, biegnij do niej.
Dała mi buziaka w policzek i już jej nie było. Zostałem sam z myślami. Wstałem powoli, minąłem świątecznie zastawiony stół oraz ubraną choinkę i podszedłem do kominka, gdzie z fotografii oprawionej złotą ramką uśmiechała się moja żona. Były z Lenką bardzo do siebie podobne, te same orzechowe oczy, brązowe włosy, rysy twarzy. Mała była wierną kopią swojej rodzicielki.
- Powinnaś być z nami, potrzebujemy cię... Gdzie jesteś? - szepnąłem nie wiem już po raz który w ciągu tych ostatnich nieszczęsnych czterech lat. - Boże, ile bym dał, byś wróciła… - Przeciągnąłem palcem po zdjęciu w miejscu, w którym znajdowała się uśmiechnięta twarz Luizy. Westchnąłem, po czym podszedłem do barku, nalałem sobie whisky i wypiłem na raz. Mocny alkohol zapiekł w gardło. Może to nie był dobry pomysł, lecz jedyny, jaki mi przychodził do głowy sposób zagłuszenia trochę tego natłoku myśli, czarnych scenariuszy, które miałem przed oczami.
- Nie powinieneś pić... - usłyszałem za sobą głos mojej szwagierki Adeli, nawet nie zauważyłem, kiedy weszła do salonu i podeszła do mnie. Była starsza od mojej żony, lecz niesamowicie do niej podobna. To łamało mi serce.
- Muszę się trochę odciąć - westchnąłem ponownie, odwróciłem się, by odstawić szklankę, po czym wróciłem się do mojej rozmówczyni. - Nie pomagasz małej ubrać sukienki? - spytałem zdziwiony. - Miała pójść do ciebie i poprosić o pomoc.
- Przyszła, ale uznałam, że jest już na tyle duża, że sama może się tym zająć. Wyjęłam z szafy tę, którą kupiłyśmy w zeszłym tygodniu i wyprasowałam. Zaraz pójdę sprawdzić, czy już jest gotowa. - Popatrzyła na mnie, skrzyżowała ręce na piersiach i przekrzywiła lekko głowę na lewą stronę. Ten gest... Luiza też tak zawsze robiła, kolejna rzecz, która mi ją przypominała. - Martwię się o ciebie, pijesz coraz więcej.
- Kontroluję to - zapewniłem ją szybko. Może nawet zbyt szybko, czym mogłem coś zasugerować. - Nie musisz się martwić. - Rozmowę na szczęście przerwał nam dzwonek do drzwi. - Idź do małej, ja pójdę otworzyć.
Ciekawe, kto to może być o tej porze, pomyślałem. Przecież zaraz mamy siadać do Wigilii. Mimo to cieszyłem się, że zostałem wybawiony od dalszej rozmowy na temat picia. W końcu byłem dorosły, wiedziałem, gdzie jest granica, nie miałem zamiaru jej przekraczać. Otworzyłem drzwi i zamurowało mnie, gdy zobaczyłem niższego ode mnie, nieco tęższego i starszego o kilkanaście lat policjanta w służbowej kurtce. Milion myśli przeleciało mi przez głowę. Niektóre były straszne, inne wręcz cudowne. Wszystkie splotły się w chaos i zaowocowały drżącym głosem.
- Słucham? - zacząłem niepewnie. Policjant wyprostował się i przyjrzał mi się dokładnie.
- Inspektor Dariusz Łapiński, komenda główna policji - przedstawił się. - Czy pan Krystian Morawiec?
- Tak, to ja - potwierdziłem. - O co chodzi?
- Mogę wejść?
- Tak, tak, oczywiście. - Wpuściłem policjanta do domu, zamknąłem drzwi. Wskazałem ręką wejście do salonu, gdzie się natychmiast udaliśmy. Policjant zdjął czapkę i nieco rozpiął zamek kurtki.
- Zgłaszał pan zaginięcie żony, Luizy Morawiec. - Bardziej stwierdził niż zapytał. Ponownie przyjrzał się mojej twarzy, po czym prawdopodobnie zobaczył jakąś desperację w moich oczach, więc postanowił nie owijać w bawełnę. - Prawdopodobnie znaleźliśmy ją.
- Zna... znaleźliście Lusię? - Dopiero po chwili spytałem oszołomiony i przełknąłem ślinę. W tej chwili moje oczy musiały być wielkie jak spodki. - Czy ona... - Nie mogłem zmusić się do wypowiedzenia na głos najgorszych obaw. Odchrząknąłem jednak i zmieniłem zamiar. - Czy nic jej nie jest?
- Żyje - potwierdził policjant, a mnie zalała fala ulgi.
- Gdzie ona jest? - Nowa nadzieja barwiła mi głos. - Muszę ją zobaczyć.
- Jest w samochodzie z moją stażystką - mówił spokojnie starszy policjant,kiedy ja łapałem powietrze jak ryba. - Musi pan potwierdzić jej tożsamość.
- To na co czekamy? Muszę do niej iść. - Już łapałem za kurtkę, jednak mój gość mnie powstrzymał i złapał za przedramię.
- Chwileczkę, musi pan o czymś wiedzieć… - zaczął. Kiedy to usłyszałem nogi się pode mną ugięły, zacząłem sobie wyobrażać najgorsze rzeczy.
- Czy jest ranna, chora? - spytałem pewny, że o to właśnie chodzi.
- Kobieta, która znajduje się w radiowozie nie wie kim jest. Ma amnezję.
Spodziewałem się wszystkiego, ale nie tego. Uszło ze mnie powietrze.
- Co to oznacza, inspektorze?
Policjant przeczesał dłonią swoje krótkie włosy i raz jeszcze otaksował mnie wzrokiem.
- Jeśli kobieta, którą tu przywieźliśmy naprawdę jest pana żoną, to pana nie pozna. Kompletnie nic nie pamięta. Nie wie nawet tego jak ma na imię. I nieco inaczej wygląda, niż na zdjęciach, które dostarczył nam pan cztery lata temu.
Zawahałem się. Czy to na pewno miała być moja żona? Może ktoś się pomylił, zrobił jakiś wielki, karygodny błąd, pomyślałem. A potem nadzieja upomniała się o swoje prawa i dosłownie dała mi kopa, żebym nie stał jak kołek i wreszcie coś zrobił.
- Proszę ją natychmiast przyprowadzić - niemal rozkazałem mu. - Musi jak najszybciej znaleźć się wśród bliskich - dodałem po chwili, łagodząc ton.
Policjant Dariusz wyszedł i zostawił mnie sam na sam z myślami, które zdążyły utworzyć mi w głowie chaos.
Jeżeli macie jakieś uwagi, sugestie, piszcie śmiało. Będę za wszystkie wdzięczna.
PROLOG
KRYSTIAN
- Tatusiu, tatusiu! - Z zamyślenia wyrwał mnie głos mojej małej księżniczki wdrapującej mi się na kolana. - Mamusia dzisiaj wróci? - Jak co dzień spytała z nadzieją w głosie, zwijając się w kłębek. Zawsze tak robiła, gdy wspominaliśmy Luizę. Wiedziałem jak bardzo za nią tęskni. Spojrzała na mnie tym swoim wzrokiem zbitego pieska. Westchnąłem ciężko. Za każdym razem, gdy słyszałem to pytanie serce mi pękało. Co miałem odpowiedzieć? Sam chciałabym znać odpowiedź.
- Nie wiem, słoneczko... Nie wiem nawet, gdzie mamusia teraz jest -odpowiedziałem cicho. Mocno przytuliłem córkę. Mówiłem prawdę. Nie chciałem okłamywać małej, dawać jej nadziei, czy mówić czegoś w rodzaju: „Byłaś grzeczna w tym roku, mama na pewno dzisiaj wróci”. Miała sześć lat, dużo już rozumiała. - Uplotę ci warkocz, chcesz? - spytałem, szybko zmieniając temat. Im dłużej rozmawialiśmy o mojej ukochanej, tym niezręczniej się czułem. Lubiłem znać odpowiedzi na zadawane pytania, zwłaszcza, jeśli pytającą była moja córeczka. Uśmiechnąłem się do niej delikatnie.
- A mogę założyć dzisiaj sukienkę od cioci, tę w groszki?
- Oczywiście, będziesz w niej wyjątkowo ślicznie wyglądała. Ciocia ci pomoże. Jest w kuchni, biegnij do niej.
Dała mi buziaka w policzek i już jej nie było. Zostałem sam z myślami. Wstałem powoli, minąłem świątecznie zastawiony stół oraz ubraną choinkę i podszedłem do kominka, gdzie z fotografii oprawionej złotą ramką uśmiechała się moja żona. Były z Lenką bardzo do siebie podobne, te same orzechowe oczy, brązowe włosy, rysy twarzy. Mała była wierną kopią swojej rodzicielki.
- Powinnaś być z nami, potrzebujemy cię... Gdzie jesteś? - szepnąłem nie wiem już po raz który w ciągu tych ostatnich nieszczęsnych czterech lat. - Boże, ile bym dał, byś wróciła… - Przeciągnąłem palcem po zdjęciu w miejscu, w którym znajdowała się uśmiechnięta twarz Luizy. Westchnąłem, po czym podszedłem do barku, nalałem sobie whisky i wypiłem na raz. Mocny alkohol zapiekł w gardło. Może to nie był dobry pomysł, lecz jedyny, jaki mi przychodził do głowy sposób zagłuszenia trochę tego natłoku myśli, czarnych scenariuszy, które miałem przed oczami.
- Nie powinieneś pić... - usłyszałem za sobą głos mojej szwagierki Adeli, nawet nie zauważyłem, kiedy weszła do salonu i podeszła do mnie. Była starsza od mojej żony, lecz niesamowicie do niej podobna. To łamało mi serce.
- Muszę się trochę odciąć - westchnąłem ponownie, odwróciłem się, by odstawić szklankę, po czym wróciłem się do mojej rozmówczyni. - Nie pomagasz małej ubrać sukienki? - spytałem zdziwiony. - Miała pójść do ciebie i poprosić o pomoc.
- Przyszła, ale uznałam, że jest już na tyle duża, że sama może się tym zająć. Wyjęłam z szafy tę, którą kupiłyśmy w zeszłym tygodniu i wyprasowałam. Zaraz pójdę sprawdzić, czy już jest gotowa. - Popatrzyła na mnie, skrzyżowała ręce na piersiach i przekrzywiła lekko głowę na lewą stronę. Ten gest... Luiza też tak zawsze robiła, kolejna rzecz, która mi ją przypominała. - Martwię się o ciebie, pijesz coraz więcej.
- Kontroluję to - zapewniłem ją szybko. Może nawet zbyt szybko, czym mogłem coś zasugerować. - Nie musisz się martwić. - Rozmowę na szczęście przerwał nam dzwonek do drzwi. - Idź do małej, ja pójdę otworzyć.
Ciekawe, kto to może być o tej porze, pomyślałem. Przecież zaraz mamy siadać do Wigilii. Mimo to cieszyłem się, że zostałem wybawiony od dalszej rozmowy na temat picia. W końcu byłem dorosły, wiedziałem, gdzie jest granica, nie miałem zamiaru jej przekraczać. Otworzyłem drzwi i zamurowało mnie, gdy zobaczyłem niższego ode mnie, nieco tęższego i starszego o kilkanaście lat policjanta w służbowej kurtce. Milion myśli przeleciało mi przez głowę. Niektóre były straszne, inne wręcz cudowne. Wszystkie splotły się w chaos i zaowocowały drżącym głosem.
- Słucham? - zacząłem niepewnie. Policjant wyprostował się i przyjrzał mi się dokładnie.
- Inspektor Dariusz Łapiński, komenda główna policji - przedstawił się. - Czy pan Krystian Morawiec?
- Tak, to ja - potwierdziłem. - O co chodzi?
- Mogę wejść?
- Tak, tak, oczywiście. - Wpuściłem policjanta do domu, zamknąłem drzwi. Wskazałem ręką wejście do salonu, gdzie się natychmiast udaliśmy. Policjant zdjął czapkę i nieco rozpiął zamek kurtki.
- Zgłaszał pan zaginięcie żony, Luizy Morawiec. - Bardziej stwierdził niż zapytał. Ponownie przyjrzał się mojej twarzy, po czym prawdopodobnie zobaczył jakąś desperację w moich oczach, więc postanowił nie owijać w bawełnę. - Prawdopodobnie znaleźliśmy ją.
- Zna... znaleźliście Lusię? - Dopiero po chwili spytałem oszołomiony i przełknąłem ślinę. W tej chwili moje oczy musiały być wielkie jak spodki. - Czy ona... - Nie mogłem zmusić się do wypowiedzenia na głos najgorszych obaw. Odchrząknąłem jednak i zmieniłem zamiar. - Czy nic jej nie jest?
- Żyje - potwierdził policjant, a mnie zalała fala ulgi.
- Gdzie ona jest? - Nowa nadzieja barwiła mi głos. - Muszę ją zobaczyć.
- Jest w samochodzie z moją stażystką - mówił spokojnie starszy policjant,kiedy ja łapałem powietrze jak ryba. - Musi pan potwierdzić jej tożsamość.
- To na co czekamy? Muszę do niej iść. - Już łapałem za kurtkę, jednak mój gość mnie powstrzymał i złapał za przedramię.
- Chwileczkę, musi pan o czymś wiedzieć… - zaczął. Kiedy to usłyszałem nogi się pode mną ugięły, zacząłem sobie wyobrażać najgorsze rzeczy.
- Czy jest ranna, chora? - spytałem pewny, że o to właśnie chodzi.
- Kobieta, która znajduje się w radiowozie nie wie kim jest. Ma amnezję.
Spodziewałem się wszystkiego, ale nie tego. Uszło ze mnie powietrze.
- Co to oznacza, inspektorze?
Policjant przeczesał dłonią swoje krótkie włosy i raz jeszcze otaksował mnie wzrokiem.
- Jeśli kobieta, którą tu przywieźliśmy naprawdę jest pana żoną, to pana nie pozna. Kompletnie nic nie pamięta. Nie wie nawet tego jak ma na imię. I nieco inaczej wygląda, niż na zdjęciach, które dostarczył nam pan cztery lata temu.
Zawahałem się. Czy to na pewno miała być moja żona? Może ktoś się pomylił, zrobił jakiś wielki, karygodny błąd, pomyślałem. A potem nadzieja upomniała się o swoje prawa i dosłownie dała mi kopa, żebym nie stał jak kołek i wreszcie coś zrobił.
- Proszę ją natychmiast przyprowadzić - niemal rozkazałem mu. - Musi jak najszybciej znaleźć się wśród bliskich - dodałem po chwili, łagodząc ton.
Policjant Dariusz wyszedł i zostawił mnie sam na sam z myślami, które zdążyły utworzyć mi w głowie chaos.
Jeżeli macie jakieś uwagi, sugestie, piszcie śmiało. Będę za wszystkie wdzięczna.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz