KOCHAM CIĘ TATO! <33
Pragnienie bycia kimś innym, to marnowanie osoby, którą się jest. Zawsze warto być tylko sobą. Kontakt: po.zachodzie.slonca@wp.pl
wtorek, 23 czerwca 2015
„Gwiazdkowa Intencja” - Rozdział 1
Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami 1 rozdziałem „Gwiazdkowej Intencji”. Życzę miłej lektury.
ROZDZIAŁ 1
LUIZA
Otworzyłam oczy
i bolało. Bardzo. Po chwili stwierdziłam, że jestem prawie naga. Spróbowałam
powoli unieść głowę, jęknęłam. Rozejrzałam się. Leżałam na brzuchu na asfalcie.
Padał na mnie śnieg, czułam coś... Chyba zimno. Nie, mróz i odrętwienie.
Chciałam się poruszyć, ale przeczołgałam się kilka metrów i opadłam wyczerpana
z sił. Tylko na chwilę zamknęłam oczy. Tak mi się przynajmniej wydawało. Kiedy
je następnym razem otworzyłam, stał nade mną szczupły, jasnowłosy mężczyzna.
Jedną ręką próbował mnie czymś okryć, w drugiej trzymał telefon. Popatrzyłam na
niego z wdzięcznością i odpłynęłam. Pamiętam też jazdę karetką i lekarzy
pochylających się nade mną w dużej jasnej sali. Lampy wiszące u sufitu tak
bardzo raziły mnie w oczy. I już nie było mi zimno, teraz raczej było mi tak
gorąco, że zaczynałam się pocić. Potem niestety nie było już nic aż do momentu,
w którym otworzyłam oczy i zdałam sobie sprawę, że leżę na łóżku, przypięta do
jakichś maszyn. Najgorsze, że z wcześniejszych wydarzeń też nic nie pamiętałam.
Sen znów wygrał i ponownie odpłynęłam.
***
- Halo? Słyszy mnie pani? Halo? -
Obudził mnie ostry głos. Otworzyłam oczy zdezorientowana. - Wie pani, gdzie się
pani znajduje? - nadal patrzyłam nieprzytomnie, więc mężczyzna w białym kitlu
stojący przede mną kontynuował już spokojniejszym głosem: - Wie pani jaki dziś
dzień albo to, jak się pani nazywa?
- Nie... - odpowiedziałam krótko,
nie miałam siły powiedzieć nic więcej. Byłam przerażona. Chciałam, aby ktoś mi
wyjaśnił, co się tu dzieje. - Ja.... nie wiem... nie pamiętam... Gdzie ja
jestem? Co się stało...? - Po chwili z trudem udało mi się zadać i to pytanie
- Kim jestem?
- Jest pani w szpitalu, ktoś
zalazł panią prawie nagą przy drodze niedaleko stąd, w bardzo złym stanie i
zadzwonił po nas. Próbujemy ustalić kim pani jest. - Aż zakręciło mi się w
głowie, gdy to usłyszałam, po raz kolejny Morfeusz porwał mnie w swoje objęcia.
***
Przez parę kolejnych dni (jak się
później dowiedziałam od doktora Arka - mojego lekarza prowadzącego, swoją drogą
bardzo miły człowiek) na zmianę byłam przytomna i urywał mi się film, w
międzyczasie zadawano mi różne pytania, podłączano do różnych aparatur,
wykonywano wiele badań. Niestety nic sobie nie przypominałam. Nadal byłam
kobietą bez tożsamości.
Stopniowo odzyskiwałam
przytomność na dłuższe okresy czasu. Wtedy odkrywałam kolejne, paskudne
obrażenia. Co chwilę bolało mnie coś innego, a to głowa, a to bolące żebra, a
to otarcia na rękach i nogach. Cały czas zastanawiałam się w jakich
okolicznościach nabawiłam się tak poważnych uszkodzeń ciała i, do cholery, czy
ktoś mi to celowo zrobił, a jeśli tak, to kto? I po co? Odpowiedź jaka nasuwała
mi się nieustannie przerażała mnie. Tak pobić mógł mnie tylko ktoś, kto chciał
mojej śmierci. Kim ja, do diabła, byłam?
Któregoś dnia udało mi się samej
dojść do ubikacji. Spojrzałam w lustro i zamarłam. Kim była kobieta patrząca na
mnie podkrążonymi oczami, nie wiedziałam. Miała zabandażowaną głowę, a spod
opatrunku widać było długie, utleniane na blond włosy i brązowe oczy. Osoba w
lustrze była wysoka i chuda. Przeraźliwie. Jej szara skóra na wystających
kościach policzkowych prezentowała się żałośnie. Skrzywiłam się na ten obrazek,
a kobieta w lustrze powieliła mój gest. Zarzuciłam na lustro ręcznik, więcej
nie chciałam patrzeć na nieznajomą.
***
- Może chciałaby pani
rozprostować nogi? - zapytała w pewien poniedziałek pielęgniarka zbierająca
naczynia po obiedzie. - Pomogę wstać. - Uśmiechnęła się do mnie serdecznie.
Polubiłam ją, była jedną z milszych pielęgniarek na oddziale. Miała krótkie
blond włosy i jasne, zielone oczy. Kiedy się uśmiechała, ukazywała się jej krzywa
górna jedynka, co jednak nie ujmowało jej ciepłego wizerunku. Kobieta nie była
wysoka, ale jej szczupła, gibka postawa pomagała jej w wypełnianiu obowiązków.
- Dziękuję, próbowałam rano sama,
ale nie bardzo mi się to udało, bo dotarłam tylko do drzwi na korytarz i
zakręciło mi się w głowie. Wstydziłam się poprosić o pomoc, nie chciałam robić
kłopotu... - szepnęłam zawstydzona i spuściłam spojrzenie. Kobieta tylko
wywróciła oczami.
- Po to tu jesteśmy. Proszę się
nie krępować. - Spojrzała na mnie karcąco. - Zaraz przyjdę - dodała i już jej
nie było. Jak zawsze, gdy byłam sama, zaczęłam się zastanawiać, czy ktoś mnie
szuka, czy mam kogoś, kto się o mnie martwi, kto za mną tęskni. Nie dawało mi
to spokoju. Leżałam w sali sama, to nie pomagało. Wprawdzie policja już parę
razy była u mnie z wizytą w celu zebrania o mnie jak największej ilości
informacji, lecz bez powodzenia nie potrafiłam odpowiedzieć na ich pytania. Czułam
się taka bezsilna, znów zbierało mi się na płacz.
- To co, wstajemy? - Z ponurych
myśli wyrwał mnie nagle kobiecy głos, zamrugałam chcąc odgonić łzy.
- Tak, tak... - powiedziałam po
chwili ochrypłym głosem. Siostra Bogusia pomogła mi wstać. Podeszłyśmy razem do
okna, wspierałam się na jej ramieniu, trochę kręciło mi się w głowie. - Piękny
park, jezioro - stwierdziłam po chwili, wyglądając na dwór. Wiosną i latem musi
tu być naprawdę ślicznie.
- Tak. Dobrze, że ten park tu
jest, moim zdaniem lepiej, że pacjenci patrzą na niego, niż na kolejną fabrykę
zatruwającą nas swoimi oparami. Mam taką w sąsiedztwie mieszkania, aż nie chce
się wyglądać przez okno... - westchnęła.
- Tu pani może odetchnąć. -
Uśmiechnęłam się lekko do niej, pytając: - Wyjdziemy na korytarz?
- Jeśli czuje się pani na siłach,
to proszę bardzo.
- Jestem, już prawie nie kręci mi
się w głowie.
Po chwili byłyśmy już na
korytarzu, podziwiałam piękne kwiaty stojące w wysokich, ładnie zdobionych,
marmurowych wazonach. Podeszłyśmy do nich, długo je podziwiałam.
- Dostaliśmy te szczepki parę lat
temu od jednej z pacjentek. - Usłyszałam za sobą głos mojego doktora, pana
Balańczyka. Podszedł do nas i stanął naprzeciwko. Był wysokim, siwiejącym
mężczyzną. Na oko był po pięćdziesiątce, co podkreślały zakola przerzedzonych
włosów na czole oraz kurze łapki w kącikach oczu, ukazujące się, gdy uśmiechał
się serdecznie. - Moglibyśmy na chwilę wrócić do pani sali, chciałbym z panią
porozmawiać.
- I tak miałam już wracać,
wystarczy na jeden raz... - wydukałam, zawsze dziwnie peszyłam się w jego
obecności.
- Pomogę pani wrócić.
- Dziękuję. - Zamienił się z
pielęgniarką. Wsparłam się na jego ramieniu. Wróciliśmy i pomógł mi położyć się
do łóżka. - Zamieniam się w słuch - szepnęłam cicho.
Dosunął sobie krzesło do mojego
łóżka i usiadł.
- Pani ostatnie wyniki badań
uległy znacznej poprawie. Nie doznała pani bardzo poważnych obrażeń. Problem z
tym, że ktoś faszerował panią narkotykami - powiedział jak zawsze bez ogródek.
Zatkało mnie. Narkotyki... Cóż, w sumie mogłam się tego spodziewać, westchnęłam
w duchu.
- Dlatego niczego nie pamiętam? -
Tylko tyle chciałam wiedzieć, bałam się nawet pomyśleć, co za świństwo mi ktoś
podawał.
- Nie, uraz w głowę. Miała pani
silny wstrząs mózgu. Na szczęście już jest lepiej. Będziemy mogli panią
niedługo wypisać, jeśli tylko policja ustali, gdzie pani mieszka. Do tego czasu
proszę odpoczywać i o nic się nie martwić - powiedział wstając, obrócił się na
pięcie i wyszedł, zostawiając mnie samą z moimi ponurymi myślami. Łatwo
powiedzieć, żebym się nie martwiła, gdy zupełnie nie wiem kim jestem. Nie wiem,
który raz odkąd tu jestem rozpłakałam się.
***
Jak co wieczór zajęłam się
czytaniem gazety, codziennie dostarczanej mi przez pielęgniarki, niestety jak
co wieczór nie znalazłam tam żadnej wzmianki o dziewczynie podobnej do mnie,
której ktoś by poszukiwał. Odłożyłam gazetę z ciężkim westchnięciem. Może
jutro, pomyślałam. Ktoś przecież musiał mnie szukać, prawda? Nagle drzwi do
sali otworzyły się, pomyślałam, że to może policjant, pomyliłam się jednak.
Stanął w nich młody, rosły blondyn. Uśmiechnął się do mnie. Wydawało mi się, że
chyba gdzieś widziałam tę twarz...
- Dobry wieczór, to dla pani. - Podszedł
do mnie, podał mi bukiet czerwonych tulipanów, dopiero teraz zauważyłam, że je
przyniósł. - Chciałem zapytać, jak się pani czuje. - Znów się do mnie
uśmiechnął.
- Dziękuję, chyba dobrze...
Ale... Czy my się znamy? Czy ja pana gdzieś nie widziałam?
- Znalazłem panią na drodze parę
tygodni temu, jestem Paweł. - Wyciągnął w moim kierunku dłoń, którą nieśmiało
uściskałam. Wiedziałam, że gdzieś mignęła mi jego twarz.
- Szkoda, że ja nie mogę się
przedstawić - mruknęłam nieśmiało.
Spojrzał na mnie ze zrozumieniem
i usiadł na krzesełku przy moim łóżku.
- Amnezja?
Pokiwałam tylko głową.
- Też przez to kiedyś
przechodziłem. - Zadumał się, a ja nabrałam nowej nadziei.
- Możesz mi mówić Lidka, tak na
potrzeby chwili. - Wymyśliłam na poczekaniu, gdyż od dłuższego czasu to imię
chodziło mi po głowie. Lidia, Lidka, może być, uśmiechnęłam się w myślach. -
Opowiesz mi o tym? - zapytałam podekscytowana dziwnym zbiegiem okoliczności. -
Opowiesz jakim sposobem poradziłeś sobie z tym?
Paweł wstał, podszedł do okna i zagapił
się przez nie. Po chwili ciszy, jakby szukając właściwych słów, zaczął mówić:
- Miałem dziewiętnaście lat...
Pojechałem z dziewczyną do kina. Gdy wyszliśmy, od razu wskoczyliśmy do
samochodu. Była zima, piękna i śnieżna, całkiem taka jak teraz, coś koło
dwudziestej drugiej. Na ulicach pusto. Na kolejnych światłach podjechała do nas
toyota celica, a jej kierowca przygazowywał energicznie, chcąc się ścigać.
Dałem się podpuścić. Wprawdzie miałem mazdę, ale podrasowaną. Pamiętam, że
Dorota śmiała się do mnie i piszczała, bym jechał szybciej. Ruszyliśmy na
zielonym. Potem obudziłem się w szpitalu... - westchnął. Przeczesał dłonią
jasne włosy i w końcu odwrócił się do mnie. Jego twarz była pełna bólu.
- Przepraszam. - Skuliłam się w
sobie, czując winę za smutek tego obcego, bądź co bądź, mężczyzny. - Jeśli nie
chcesz...
- Nie, nie - przerwał mi
natychmiast i podszedł. Zagapił się na mnie swoim jasnoniebieskim spojrzeniem.
- Nie ma sprawy. Po prostu czasem trudno mi o tym mówić.
Wyciągnęłam do niego dłoń, którą
on ścisnął w przyjaznym geście. Uśmiechnęłam się zachęcająco.
- Wtedy nic nie pamiętałeś,
prawda? - powiedziałam, po czym szybko sprostowałam: - Kiedy się obudziłeś po
wypadku.
- Niestety. Lekarze powiedzieli
mi, że uszkodziłem głowę. Potem policja poinformowała mnie, że skasowałem
samochód, latarnię i zabiłem swoją dziewczynę. - Tu przerwał na moment, nie
byłam sobie nawet w stanie wyobrazić, jak musiał się z tym czuć. Wziął głęboki
oddech i po chwili kontynuował: - Następnie jej rodzice urządzili mi piekło na
ziemi. Potem był proces i sąd skazał mnie na przymusowe leczenie w zamkniętym
ośrodku i karę więzienia w zawieszeniu, gdybym jednak nie chciał się leczyć.
Ostatecznie moja mama przestała przychodzić na „widzenia”, ponieważ nie chciała
mieć syna mordercy. Najgorszy w tym wszystkim był fakt, że nic nie pamiętałem.
Nie wiedziałem kim jestem. Nie umiałem poczuć się do winy za zło, jakie
wyrządziłem. Nic nie mogłem zrobić. - Rozłożył ręce na boki w geście bezradności.
- Wiesz, to takie uczucie, jakby ktoś opowiadał o mnie samym bajkę. Jakbym był
głównym bohaterem komiksu. Czasem wprost nie mogłem uwierzyć w to, co ludzie o
mnie mówili. Jakby to był tylko sen na jawie. Rozumiesz?
Westchnęłam i otarłam pojedynczą
łzę, jaka spłynęła mi po policzku. Czy ja też miałam za sobą podobną historię?,
zastanawiałam się.
Nie odpowiedziałam, tylko smutno
pokiwałam głową.
Chłopak widząc moją emocjonalną
reakcję uśmiechnął się słabo i szybko zaczął wyjaśniać:
- Ale w końcu wspomnienia zaczęły
wracać. Leżałem na łóżku i gapiłem się w sufit. Nagle stanęła mi przed oczami
twarz jakiejś blondynki, śmiejącej się i piszczącej... Przez kilka następnych
dni skupiałem się na niej i coraz więcej szczegółów wracało. Czerwone kolczyki.
Zielona kurtka... Ale to wciąż było za mało. Mój psychiatra postanowił
zastosować eksperymentalne leki, na co szybko się zgodziłem. Na przeszło rok
zostałem królikiem doświadczalnym, jednak kuracja nic nie dała, podobno na to
nie ma leków. Na amnezję nie ma skutecznej tabletki. - Popatrzył na mnie, jak
przyjmuję te rewelacje, ale, ponieważ doktor Balańczyk informował mnie już o
tym, nie przeżyłam szoku, tylko spokojnie skinęłam głową, zachęcając go gestem,
by kontynuował. Zaraz podjął przerwany wątek: - Kiedy zacząłem tracić nadzieję,
że kiedykolwiek przypomnę sobie, co się stało, co zrobiłem, a także wszystko co
działo się wcześniej, jak grom z jasnego nieba przydarzył mi się kolejny
wypadek - zaśmiał się.
Nie rozumiałam, co w tym może być
śmiesznego, więc lekko się skrzywiłam.
- Ale nadal byłeś w tym szpitalu,
tak?
- Tak, wracałem ze stołówki i
potknąłem się na własnych sznurowadłach. Niestety, wpadłem na innego pacjenta,
który popchnął mnie, gdy leciałem. Upadłem tak nieszczęśliwie, że pociągnąłem
za sobą stojące na parapecie radio, a że rozbiło mi się w dłoniach, kiedy razem
wylądowaliśmy na podłodze, kopnął mnie prąd. I wtedy, niczym objawienie,
poznałem prawdę o sobie, o tym co się działo. Ponoć zamiast wysunąć dłoń z
rozbitego plastiku, ja siedziałem na ziemi, przepływ prądu z odsłoniętych kabli
wstrząsał moim ciałem, a ja cieszyłem się jak dziecko, pod powiekami oglądając
film z historii własnego życia. Niesamowite uczucie.
- Tiaaa, mogę się założyć -
mruknęłam, gdyż jedyny sposób na odzyskanie pamięci, jaki do tej pory ktoś mi
przedstawił nie był uroczy i zachwycający. Miałam włożyć paluchy do gniazdka z
prądem? Na razie nie było takiej opcji. Byłam zdesperowana, by odzyskać pamięć,
ale nie aż tak.
Pogadaliśmy jeszcze chwilę
wymieniając się grzecznościami, ale kiedy niekontrolowanie ziewnęłam, Paweł
zrozumiał, że jestem zmęczona i postanowił dać mi spokój. Byłam mu wdzięczna za
wizytę. Mimo wszystko podniósł mnie na duchu. Dał mi nadzieję, że być może
odzyskam kiedyś pamięć, mimo iż sposób pozostawiał wiele do życzenia. On ją w
końcu odzyskał, a to było zdecydowanie na plus.
Podziękowałam mu po raz milionowy
za ratunek, a on po raz nie wiem który powiedział, że nie ma za co i obiecał
mnie jeszcze odwiedzić. Szczerze się ucieszyłam, gdyż wydawało się, że poza
siostrą Bogusią, Paweł był w tej chwili moim jedynym przyjacielem.
***
To był wyczerpujący dzień. Po
krótkiej acz odświeżającej drzemce i obiedzie, który przyniosła mi siostra
Bogusia, odwiedził mnie inspektor Dariusz. Znałam już go z poprzednich wizyt,
najwyraźniej był na stałe przypisany do mojej sprawy. Był mężczyzną w średnim
wieku, miał brzuszek, ale o dziwo nie miał wąsów. Wydawało mi się, że każdy
policjant powinien mieć wąsy, chociaż skąd mi się wzięła ta konkluzja nie
wiedziałam.
- Jakieś nowe wieści,
inspektorze? - zapytałam z uśmiechem, nerwowo wygładzając poszwę kołdry
okrywającej mi kolana.
- Myślałem, że to pani zaserwuje
mi jakieś dobre informacje - uśmiechnął się słabo i przysiadł na krześle.
Smutno pokręciłam głową, bo
niestety niczego sobie nie przypomniałam, żadnego przebłysku czy jakiejś twarzy
jak wcześniej opowiadał mi Paweł.
- Niestety - rozłożyłam ręce w
geście bezradności. Oj, stanowczo za często to robiłam w ostatnim czasie.
- Za to ja prawdopodobnie na coś
trafiłem i przyniosłem pani do weryfikacji. Może to jakoś pomoże. - To mówiąc,
wyciągnął ze swojej skórzanej aktówki popielatą teczkę. Podał mi ją i skinął
głową. - Proszę to przejrzeć i sprawdzić, czy coś się pani przypomni.
Drżącymi rękoma odwiązałam
sznureczek i w nerwowej ekscytacji zajrzałam do środka. Znalazłam tam kartotekę
zaginionej. Na górze widniało zdjęcie kobiety podobnej do tej, którą wcześniej
widziałam w łazience w lustrze, jednak ta na zdjęciu miała brązowe, a nie jasne
włosy, zdrową cerę, błyszczące oczy i zarumienione pełne policzki. Pod spodem
widniało imię i nazwisko oraz jakieś dane. Luiza Morawiec. Urodzona,
zamieszkała, zaginiona... Daty, adresy, jakieś inne nazwiska, lecz one nic mi
nie mówiły.
Łzy na chwilę zamazały mi obraz,
ale szybko zamrugałam, żeby się ich pozbyć. Palcem prawej dłoni pogładziłam
zdjęcie.
- Myśli pan, inspektorze, że to
ja? - zapytałam drżącym głosem.
Policjant przytaknął.
- Mamy dziewięćdziesiąt procent
pewności, że to pani. Muszę teraz iść do pani lekarza prowadzącego i uzgodnić
warunki wypisania pani ze szpitala.
- A moja rodzina? - zapytałam,
machając teczką, w której były dane jakichś spokrewnionych ze mną osób. Mąż?
Siostra? Córka? To jakaś abstrakcja... - Czy oni wiedzą, że się odnalazłam?
Dlaczego nikt mnie nie odwiedził, skoro mają państwo pewność, że ja to ja?
- Nic im jeszcze nie zgłosiliśmy.
Chcę mieć całkowitą pewność, zanim w tych zrozpaczonych ludziach zaszczepię
wiadomość o pani powrocie. Proszę sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby to
jednak nie była pani rodzina... - Pokręcił smutno głową. Po czym westchnął. -
Ale jak już mówiłem, jestem naprawdę dobrej myśli.
- Cieszę się - skłamałam.
Zamiast radości poczułam strach.
Zamiast ulgi, niepokój. Zaczęłam panikować wewnątrz własnej głowy. Nagle pomysł
wrócenia na łono społeczeństwa ogromnie mnie przytłoczył.
Policjant przyglądał mi się przez
chwilę, po czym wstał.
- Teraz pójdę do doktora
Balańczyka, a pani sugeruję odpoczynek.
- Dziękuję.
***
Minęło jeszcze kilka dni.
Zleciały mi one na badaniach, testach i sprawdzaniu, czy nadaję się do wyjścia
w szeroki świat. Doktor w końcu wyraził zgodę, chociaż musiałam obiecać, że po
nowym roku będę go regularnie odwiedzać celem terapii, za pomocą której chciał
spróbować przywrócić mi pamięć.
Inspektor Dariusz przyszedł po
mnie w Wigilię. Przyprowadził ze sobą stażystkę Magdalenę Jończyk. Podobało mi
się jej imię, zupełnie nie wiedziałam dlaczego. Teraz byliśmy prawie pewni, że
jestem Luizą. Moje własne imię dziwnie brzmiało ześlizgując mi się z języka i
wychodząc przez usta.
Pożegnałam się z siostrą Bogusią,
która ze łzami w oczach życzyła mi szybkiego dojścia do zdrowia i łagodnego
powrotu na łono rodziny. Długo ją tuliłam, nim w końcu podałam inspektorowi
reklamówkę z moim marnym dobytkiem z postaci bielizny na zmianę i przyborów
toaletowych i dałam się młodej policjantce odprowadzić do radiowozu.
Na korytarzu spotkaliśmy się z
doktorem Balańczykiem, któremu po raz ostatni uścisnęłam dłoń i podziękowałam
za wszystko, co dla mnie zrobił. Miałam do niego wracać, więc nie czułam się
jakbym kogoś traciła, wręcz przeciwnie, byłam szczęśliwa, że jeszcze zobaczę
tego człowieka.
***
Zapomniałam jak się oddycha,
kiedy podjechaliśmy pod nowoczesny, zadbany dom w bogatej dzielnicy Warszawy.
Nie dlatego, że sobie coś przypomniałam, ale właśnie dlatego, że było wręcz
przeciwnie. Łzy stanęły mi w oczach, ponieważ nie wiedziałam nawet, co mam
powiedzieć tym obcym ludziom, którzy będą mi się dziwnie przyglądać i wypytywać
o wszystko, o czym nie miałam zielonego pojęcia.
Chciałam, naprawdę pragnęłam się
cieszyć, jednak nie potrafiłam. Instynkt podpowiadał mi, że coś jest nie tak, a
wewnętrzna potrzeba bezpieczeństwa nakazywała ucieczkę. Zaczynam mieć paranoję?
- Może nie powinniśmy im przed
świętami... - zaczęłam się wykręcać od wizyty, kiedy inspektor wyłączał silnik
radiowozu.
- Ależ pani Luizo - oburzyła się
młoda policjantka. - Właśnie na święta musi pani wrócić do domu. To jak dobry
znak, jest pani jak gwiazdka na niebie zwiastująca dobrą nowinę.
Siedzieliśmy przez chwilę we
trójkę w radiowozie. Policjanci prawdopodobnie dawali mi chwilę na
przystosowane się do nowej sytuacji. Byłam im za to wdzięczna, chociaż w
myślach właśnie przerabiałam wszelakie możliwe scenariusze.
- Myślę, że nie powinniśmy dłużej
czekać - dodał inspektor Dariusz, kiedy w końcu otworzył drzwi. - Proszę
pozostać w samochodzie. Pójdę porozmawiać z pani mężem. Zaanonsuję panią i
zobaczymy.
- Dziękuję - odpowiedziałam
płasko i kurczowo ścisnęłam swoją reklamówkę.
Tępym wzrokiem gapiłam się w
plecy policjanta idącego do drzwi. W głowie mi się kotłowało, targało mną
milion różnych, sprzecznych ze sobą emocji. A co jeśli mnie nie zaakceptują? A
co jeśli nie jestem Luizą? Istniało tyle okropnych możliwości, których nie
chciałam rozważać, że nagle zapragnęłam stąd uciec i nigdy nie poznać kim
naprawdę jestem. Uwzględniając obrażenia jakie miałam, kiedy trafiłam do
szpitala, moja historia wcale nie była różowa. A co jeśli ci ludzie wyrządzili
mi tę krzywdę...?
Moją wewnętrzną panikę przerwała
Magda. Złapała mnie za rękę i uśmiechnęła się do mnie ciepło.
- Wszystko będzie dobrze -
powiedziała miękko.
- Taką mam nadzieję - przyznałam
z duszą na ramieniu.
Jeżeli macie jakieś
uwagi, sugestie, piszcie śmiało. Będę za wszystkie wdzięczna.
piątek, 5 czerwca 2015
„Gwiazdkowa Intencja” - Prolog
Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami prologiem kolejnego opowiadania mojego autorstwa. Życzę miłej lektury.
PROLOG
- Tatusiu, tatusiu! - Z zamyślenia wyrwał mnie głos mojej małej księżniczki wdrapującej mi się na kolana. - Mamusia dzisiaj wróci? - Jak co dzień spytała z nadzieją w głosie, zwijając się w kłębek. Zawsze tak robiła, gdy wspominaliśmy Luizę. Wiedziałem jak bardzo za nią tęskni. Spojrzała na mnie tym swoim wzrokiem zbitego pieska. Westchnąłem ciężko. Za każdym razem, gdy słyszałem to pytanie serce mi pękało. Co miałem odpowiedzieć? Sam chciałabym znać odpowiedź.
- Nie wiem, słoneczko... Nie wiem nawet, gdzie mamusia teraz jest -odpowiedziałem cicho. Mocno przytuliłem córkę. Mówiłem prawdę. Nie chciałem okłamywać małej, dawać jej nadziei, czy mówić czegoś w rodzaju: „Byłaś grzeczna w tym roku, mama na pewno dzisiaj wróci”. Miała sześć lat, dużo już rozumiała. - Uplotę ci warkocz, chcesz? - spytałem, szybko zmieniając temat. Im dłużej rozmawialiśmy o mojej ukochanej, tym niezręczniej się czułem. Lubiłem znać odpowiedzi na zadawane pytania, zwłaszcza, jeśli pytającą była moja córeczka. Uśmiechnąłem się do niej delikatnie.
- A mogę założyć dzisiaj sukienkę od cioci, tę w groszki?
- Oczywiście, będziesz w niej wyjątkowo ślicznie wyglądała. Ciocia ci pomoże. Jest w kuchni, biegnij do niej.
Dała mi buziaka w policzek i już jej nie było. Zostałem sam z myślami. Wstałem powoli, minąłem świątecznie zastawiony stół oraz ubraną choinkę i podszedłem do kominka, gdzie z fotografii oprawionej złotą ramką uśmiechała się moja żona. Były z Lenką bardzo do siebie podobne, te same orzechowe oczy, brązowe włosy, rysy twarzy. Mała była wierną kopią swojej rodzicielki.
- Powinnaś być z nami, potrzebujemy cię... Gdzie jesteś? - szepnąłem nie wiem już po raz który w ciągu tych ostatnich nieszczęsnych czterech lat. - Boże, ile bym dał, byś wróciła… - Przeciągnąłem palcem po zdjęciu w miejscu, w którym znajdowała się uśmiechnięta twarz Luizy. Westchnąłem, po czym podszedłem do barku, nalałem sobie whisky i wypiłem na raz. Mocny alkohol zapiekł w gardło. Może to nie był dobry pomysł, lecz jedyny, jaki mi przychodził do głowy sposób zagłuszenia trochę tego natłoku myśli, czarnych scenariuszy, które miałem przed oczami.
- Nie powinieneś pić... - usłyszałem za sobą głos mojej szwagierki Adeli, nawet nie zauważyłem, kiedy weszła do salonu i podeszła do mnie. Była starsza od mojej żony, lecz niesamowicie do niej podobna. To łamało mi serce.
- Muszę się trochę odciąć - westchnąłem ponownie, odwróciłem się, by odstawić szklankę, po czym wróciłem się do mojej rozmówczyni. - Nie pomagasz małej ubrać sukienki? - spytałem zdziwiony. - Miała pójść do ciebie i poprosić o pomoc.
- Przyszła, ale uznałam, że jest już na tyle duża, że sama może się tym zająć. Wyjęłam z szafy tę, którą kupiłyśmy w zeszłym tygodniu i wyprasowałam. Zaraz pójdę sprawdzić, czy już jest gotowa. - Popatrzyła na mnie, skrzyżowała ręce na piersiach i przekrzywiła lekko głowę na lewą stronę. Ten gest... Luiza też tak zawsze robiła, kolejna rzecz, która mi ją przypominała. - Martwię się o ciebie, pijesz coraz więcej.
- Kontroluję to - zapewniłem ją szybko. Może nawet zbyt szybko, czym mogłem coś zasugerować. - Nie musisz się martwić. - Rozmowę na szczęście przerwał nam dzwonek do drzwi. - Idź do małej, ja pójdę otworzyć.
Ciekawe, kto to może być o tej porze, pomyślałem. Przecież zaraz mamy siadać do Wigilii. Mimo to cieszyłem się, że zostałem wybawiony od dalszej rozmowy na temat picia. W końcu byłem dorosły, wiedziałem, gdzie jest granica, nie miałem zamiaru jej przekraczać. Otworzyłem drzwi i zamurowało mnie, gdy zobaczyłem niższego ode mnie, nieco tęższego i starszego o kilkanaście lat policjanta w służbowej kurtce. Milion myśli przeleciało mi przez głowę. Niektóre były straszne, inne wręcz cudowne. Wszystkie splotły się w chaos i zaowocowały drżącym głosem.
- Słucham? - zacząłem niepewnie. Policjant wyprostował się i przyjrzał mi się dokładnie.
- Inspektor Dariusz Łapiński, komenda główna policji - przedstawił się. - Czy pan Krystian Morawiec?
- Tak, to ja - potwierdziłem. - O co chodzi?
- Mogę wejść?
- Tak, tak, oczywiście. - Wpuściłem policjanta do domu, zamknąłem drzwi. Wskazałem ręką wejście do salonu, gdzie się natychmiast udaliśmy. Policjant zdjął czapkę i nieco rozpiął zamek kurtki.
- Zgłaszał pan zaginięcie żony, Luizy Morawiec. - Bardziej stwierdził niż zapytał. Ponownie przyjrzał się mojej twarzy, po czym prawdopodobnie zobaczył jakąś desperację w moich oczach, więc postanowił nie owijać w bawełnę. - Prawdopodobnie znaleźliśmy ją.
- Zna... znaleźliście Lusię? - Dopiero po chwili spytałem oszołomiony i przełknąłem ślinę. W tej chwili moje oczy musiały być wielkie jak spodki. - Czy ona... - Nie mogłem zmusić się do wypowiedzenia na głos najgorszych obaw. Odchrząknąłem jednak i zmieniłem zamiar. - Czy nic jej nie jest?
- Żyje - potwierdził policjant, a mnie zalała fala ulgi.
- Gdzie ona jest? - Nowa nadzieja barwiła mi głos. - Muszę ją zobaczyć.
- Jest w samochodzie z moją stażystką - mówił spokojnie starszy policjant,kiedy ja łapałem powietrze jak ryba. - Musi pan potwierdzić jej tożsamość.
- To na co czekamy? Muszę do niej iść. - Już łapałem za kurtkę, jednak mój gość mnie powstrzymał i złapał za przedramię.
- Chwileczkę, musi pan o czymś wiedzieć… - zaczął. Kiedy to usłyszałem nogi się pode mną ugięły, zacząłem sobie wyobrażać najgorsze rzeczy.
- Czy jest ranna, chora? - spytałem pewny, że o to właśnie chodzi.
- Kobieta, która znajduje się w radiowozie nie wie kim jest. Ma amnezję.
Spodziewałem się wszystkiego, ale nie tego. Uszło ze mnie powietrze.
- Co to oznacza, inspektorze?
Policjant przeczesał dłonią swoje krótkie włosy i raz jeszcze otaksował mnie wzrokiem.
- Jeśli kobieta, którą tu przywieźliśmy naprawdę jest pana żoną, to pana nie pozna. Kompletnie nic nie pamięta. Nie wie nawet tego jak ma na imię. I nieco inaczej wygląda, niż na zdjęciach, które dostarczył nam pan cztery lata temu.
Zawahałem się. Czy to na pewno miała być moja żona? Może ktoś się pomylił, zrobił jakiś wielki, karygodny błąd, pomyślałem. A potem nadzieja upomniała się o swoje prawa i dosłownie dała mi kopa, żebym nie stał jak kołek i wreszcie coś zrobił.
- Proszę ją natychmiast przyprowadzić - niemal rozkazałem mu. - Musi jak najszybciej znaleźć się wśród bliskich - dodałem po chwili, łagodząc ton.
Policjant Dariusz wyszedł i zostawił mnie sam na sam z myślami, które zdążyły utworzyć mi w głowie chaos.
Jeżeli macie jakieś uwagi, sugestie, piszcie śmiało. Będę za wszystkie wdzięczna.
PROLOG
KRYSTIAN
- Tatusiu, tatusiu! - Z zamyślenia wyrwał mnie głos mojej małej księżniczki wdrapującej mi się na kolana. - Mamusia dzisiaj wróci? - Jak co dzień spytała z nadzieją w głosie, zwijając się w kłębek. Zawsze tak robiła, gdy wspominaliśmy Luizę. Wiedziałem jak bardzo za nią tęskni. Spojrzała na mnie tym swoim wzrokiem zbitego pieska. Westchnąłem ciężko. Za każdym razem, gdy słyszałem to pytanie serce mi pękało. Co miałem odpowiedzieć? Sam chciałabym znać odpowiedź.
- Nie wiem, słoneczko... Nie wiem nawet, gdzie mamusia teraz jest -odpowiedziałem cicho. Mocno przytuliłem córkę. Mówiłem prawdę. Nie chciałem okłamywać małej, dawać jej nadziei, czy mówić czegoś w rodzaju: „Byłaś grzeczna w tym roku, mama na pewno dzisiaj wróci”. Miała sześć lat, dużo już rozumiała. - Uplotę ci warkocz, chcesz? - spytałem, szybko zmieniając temat. Im dłużej rozmawialiśmy o mojej ukochanej, tym niezręczniej się czułem. Lubiłem znać odpowiedzi na zadawane pytania, zwłaszcza, jeśli pytającą była moja córeczka. Uśmiechnąłem się do niej delikatnie.
- A mogę założyć dzisiaj sukienkę od cioci, tę w groszki?
- Oczywiście, będziesz w niej wyjątkowo ślicznie wyglądała. Ciocia ci pomoże. Jest w kuchni, biegnij do niej.
Dała mi buziaka w policzek i już jej nie było. Zostałem sam z myślami. Wstałem powoli, minąłem świątecznie zastawiony stół oraz ubraną choinkę i podszedłem do kominka, gdzie z fotografii oprawionej złotą ramką uśmiechała się moja żona. Były z Lenką bardzo do siebie podobne, te same orzechowe oczy, brązowe włosy, rysy twarzy. Mała była wierną kopią swojej rodzicielki.
- Powinnaś być z nami, potrzebujemy cię... Gdzie jesteś? - szepnąłem nie wiem już po raz który w ciągu tych ostatnich nieszczęsnych czterech lat. - Boże, ile bym dał, byś wróciła… - Przeciągnąłem palcem po zdjęciu w miejscu, w którym znajdowała się uśmiechnięta twarz Luizy. Westchnąłem, po czym podszedłem do barku, nalałem sobie whisky i wypiłem na raz. Mocny alkohol zapiekł w gardło. Może to nie był dobry pomysł, lecz jedyny, jaki mi przychodził do głowy sposób zagłuszenia trochę tego natłoku myśli, czarnych scenariuszy, które miałem przed oczami.
- Nie powinieneś pić... - usłyszałem za sobą głos mojej szwagierki Adeli, nawet nie zauważyłem, kiedy weszła do salonu i podeszła do mnie. Była starsza od mojej żony, lecz niesamowicie do niej podobna. To łamało mi serce.
- Muszę się trochę odciąć - westchnąłem ponownie, odwróciłem się, by odstawić szklankę, po czym wróciłem się do mojej rozmówczyni. - Nie pomagasz małej ubrać sukienki? - spytałem zdziwiony. - Miała pójść do ciebie i poprosić o pomoc.
- Przyszła, ale uznałam, że jest już na tyle duża, że sama może się tym zająć. Wyjęłam z szafy tę, którą kupiłyśmy w zeszłym tygodniu i wyprasowałam. Zaraz pójdę sprawdzić, czy już jest gotowa. - Popatrzyła na mnie, skrzyżowała ręce na piersiach i przekrzywiła lekko głowę na lewą stronę. Ten gest... Luiza też tak zawsze robiła, kolejna rzecz, która mi ją przypominała. - Martwię się o ciebie, pijesz coraz więcej.
- Kontroluję to - zapewniłem ją szybko. Może nawet zbyt szybko, czym mogłem coś zasugerować. - Nie musisz się martwić. - Rozmowę na szczęście przerwał nam dzwonek do drzwi. - Idź do małej, ja pójdę otworzyć.
Ciekawe, kto to może być o tej porze, pomyślałem. Przecież zaraz mamy siadać do Wigilii. Mimo to cieszyłem się, że zostałem wybawiony od dalszej rozmowy na temat picia. W końcu byłem dorosły, wiedziałem, gdzie jest granica, nie miałem zamiaru jej przekraczać. Otworzyłem drzwi i zamurowało mnie, gdy zobaczyłem niższego ode mnie, nieco tęższego i starszego o kilkanaście lat policjanta w służbowej kurtce. Milion myśli przeleciało mi przez głowę. Niektóre były straszne, inne wręcz cudowne. Wszystkie splotły się w chaos i zaowocowały drżącym głosem.
- Słucham? - zacząłem niepewnie. Policjant wyprostował się i przyjrzał mi się dokładnie.
- Inspektor Dariusz Łapiński, komenda główna policji - przedstawił się. - Czy pan Krystian Morawiec?
- Tak, to ja - potwierdziłem. - O co chodzi?
- Mogę wejść?
- Tak, tak, oczywiście. - Wpuściłem policjanta do domu, zamknąłem drzwi. Wskazałem ręką wejście do salonu, gdzie się natychmiast udaliśmy. Policjant zdjął czapkę i nieco rozpiął zamek kurtki.
- Zgłaszał pan zaginięcie żony, Luizy Morawiec. - Bardziej stwierdził niż zapytał. Ponownie przyjrzał się mojej twarzy, po czym prawdopodobnie zobaczył jakąś desperację w moich oczach, więc postanowił nie owijać w bawełnę. - Prawdopodobnie znaleźliśmy ją.
- Zna... znaleźliście Lusię? - Dopiero po chwili spytałem oszołomiony i przełknąłem ślinę. W tej chwili moje oczy musiały być wielkie jak spodki. - Czy ona... - Nie mogłem zmusić się do wypowiedzenia na głos najgorszych obaw. Odchrząknąłem jednak i zmieniłem zamiar. - Czy nic jej nie jest?
- Żyje - potwierdził policjant, a mnie zalała fala ulgi.
- Gdzie ona jest? - Nowa nadzieja barwiła mi głos. - Muszę ją zobaczyć.
- Jest w samochodzie z moją stażystką - mówił spokojnie starszy policjant,kiedy ja łapałem powietrze jak ryba. - Musi pan potwierdzić jej tożsamość.
- To na co czekamy? Muszę do niej iść. - Już łapałem za kurtkę, jednak mój gość mnie powstrzymał i złapał za przedramię.
- Chwileczkę, musi pan o czymś wiedzieć… - zaczął. Kiedy to usłyszałem nogi się pode mną ugięły, zacząłem sobie wyobrażać najgorsze rzeczy.
- Czy jest ranna, chora? - spytałem pewny, że o to właśnie chodzi.
- Kobieta, która znajduje się w radiowozie nie wie kim jest. Ma amnezję.
Spodziewałem się wszystkiego, ale nie tego. Uszło ze mnie powietrze.
- Co to oznacza, inspektorze?
Policjant przeczesał dłonią swoje krótkie włosy i raz jeszcze otaksował mnie wzrokiem.
- Jeśli kobieta, którą tu przywieźliśmy naprawdę jest pana żoną, to pana nie pozna. Kompletnie nic nie pamięta. Nie wie nawet tego jak ma na imię. I nieco inaczej wygląda, niż na zdjęciach, które dostarczył nam pan cztery lata temu.
Zawahałem się. Czy to na pewno miała być moja żona? Może ktoś się pomylił, zrobił jakiś wielki, karygodny błąd, pomyślałem. A potem nadzieja upomniała się o swoje prawa i dosłownie dała mi kopa, żebym nie stał jak kołek i wreszcie coś zrobił.
- Proszę ją natychmiast przyprowadzić - niemal rozkazałem mu. - Musi jak najszybciej znaleźć się wśród bliskich - dodałem po chwili, łagodząc ton.
Policjant Dariusz wyszedł i zostawił mnie sam na sam z myślami, które zdążyły utworzyć mi w głowie chaos.
Jeżeli macie jakieś uwagi, sugestie, piszcie śmiało. Będę za wszystkie wdzięczna.
wtorek, 26 maja 2015
Kocham Cię mamo!
Dla najwspanialszej osoby na świecie:
Dziękuję za wszystko,
za danie mi życia,
za nieprzespane noce,
za rozmowy,
za dane rady,
za opiekę,
za miłość,
za naukę,
za każde słowo,
za każdy oddech,
za każdą wytartą łzę,
za wspólne sprzątanie,
za wspólne gotowanie,
za wspólne wakacje,
za wspólne kąpiele gdy byłam mała,
za wspólną zabawę,
za pomoc gdy jej potrzebowałam,
za bycie zawsze przy mnie,
i wiele, wiele innych.
DZIĘKUJĘ. <3
poniedziałek, 25 maja 2015
Eurowizja 2015 - mój osobisty ranking piosenek.
Moje osobiste TOP 10 piosenek prezentowanych podczas Eurowizji 2015:
1. ROSJA: Polina Gagarina - „A Million Voices”
2. SZWECJA: Måns Zelmerlöw - „Heroes”
3. BELGIA: Loïc Nottet - „Rhythm Inside”
4. POLSKA: Monika Kuszyńska - „In the Name of Love”
5. IRLANDIA: Molly Sterling - „Playing with Numbers”
6. SZWAJCARIA: Mélanie René - „Time to Shine”
7. SAN MARINO: Michele Perniola i Anita Simoncini - „Chain of Lights”
8. HISZPANIA: Edurne - „Amanecer”
9. ESTONIA: Elina Born i Stig Rästa - „Goodbye to Yesterday”
10. SŁOWENIA: Maraaya - „Here For You”
Według mojego prywatnego rankingu pozostałe 30 utworów zajmuje następujące miejsca:
11. WĘGRY: Boggie - „Wars for Nothing”
12. ISLANDIA: María Ólafsdóttir - „Unbroken”
13. WIELKA BRYTANIA: Electro Velvet - „Still in Love with You”
14. ALBANIA: Elhaida Dani - „I'm Alive”
15. ARMENIA: Genealogy - „Face the Shadow”
16. CZECHY: Marta Jandová i Václav Noid Bárta - „Hope Never Dies”
17. MOŁDAWIA: Eduard Romaniuta - „I Want Your Love”
18. MACEDONIA: Daniel Kajmakoski - „Autumn Leaves”
19. HOLANDIA: Trijntje Oosterhuis - „Walk Along”
20. LITWA: Monika Linkytė i Vaidas Baumila - „This Time”
21. RUMUNIA: Voltaj - „De la capăt - All over Again”
22. CYPR: John Karayiannis - „One Thing I Should Have Done”
23. SERBIA: Bojana Stamenov - „Beauty Never Lies”
24. AUSTRALIA: Guy Sebastian - „Tonight Again”
25. NORWEGIA: Kjetil Mørland i Debrah Scarlett - „A Monster Like Me”
26. AZERBEJDŻAN: Elnur Hüseynov - „Hour Of The Wolf”
27. FRANCJA: Lisa Angell - „N'oubliez pas”
28. BIAŁORUŚ: Uzari i Maimuna - „Time”
29. DANIA: Anti Social Media - „The Way You Are”
30. IZRAEL: Nadav Guedj - „Golden Boy”
31. NIEMCY: Ann Sophie - „Black Smoke”
32. CZARNOGÓRA: Knez - „Adio”
33. GRUZJA: Nina Sublatti - „Warrior”
34. WŁOCHY: Il Volo - „Grande amore”
35. GRECJA: Maria-Elena Kyriaku - „One Last Breath”
36. MALTA: Amber - „Warrior”
37. PORTUGALIA: Leonor Andrade - „Há um mar que nos separa”
38. AUSTRIA: The Makemakes - „I Am Yours”
39. ŁOTWA: Aminata - „Love Injected”
40. FINLANDIA: Pertti Kurikan Nimipäivät - „Aina mun pitää”
niedziela, 17 maja 2015
Wsztrzymacie oddech....
Dzisiaj chciałabym Wam polecić kolejne według mnie chwytające za serce książkowe perełki. Mnie wciągnęły bez reszty, każdą czytałam bez przerwy - od pierwszej do ostatniej strony. Oto one:
„Powód by oddychać” Rebecca Donovan
(Tom 1 cyklu: Oddechy)
Pierwsza z trzech części chwytającej za serce i pełnej trudnych emocji serii dla dziewcząt pt. ODDECHY.
Gdy Emma wraca do miejsca, które nazywa domem, bo nie ma żadnego innego, o którym mogłaby tak myśleć, nigdy nie wie, co ją tam spotka. Tylko wyzwiska? A może bolesne uderzenia? Ile kolejnych ran i siniaków będzie musiała skrywać pod długimi rękawami?
Dlatego Emma nie ma przyjaciół i robi wszystko, by mieć jak najlepsze wyniki w nauce - marzy o dniu, w którym będzie mogła wyrwać się z tego piekła.
Tylko jedna osoba zna jej tajemnicę. Ale jest jeszcze ktoś, kto bardzo pragnie się do niej zbliżyć. Emma jednak za wszelką cenę chce tego uniknąć. Chociaż to rozrywa jej serce na kawałeczki.
Poruszająca historia o próbie normalnego życia za wszelką cenę… i o miłości, która pozwala w końcu zaczerpnąć powietrza.
„Oddychając z trudem” Rebecca Donovan
(Tom 2 cyklu: Oddechy)Druga część bestsellerowej serii pt. ODDECHY.
Emma przetrwała dramatyczną noc w domu swojej ciotki, ale niewiele z niej pamięta. Obudziła się w szpitalnym łóżku, w koszmarnym stanie. Odbył się proces sądowy, w którym na szczęście nie musiała uczestniczyć. Teraz Carol nie może już zrobić jej nic złego, ale wysoką ceną za to jest utrata kontaktu z Laylą i Jackiem.
Emma wróciła do szkoły i na boisko, i stara się po prostu prowadzić zwyczajne życie nastolatki, z wierną Sarą i oddanym Evanem u boku. Nie jest to jednak łatwe - wciąż budzi się zlana potem po koszmarnych snach, a na ulicach prześladują ciekawskie spojrzenia. Gdy decyduje się zamieszkać ze swoją matką, sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje. Tak trudno oddychać, gdy trzeba radzić sobie z tak silnymi emocjami…
„Biorąc oddech” Rebecca Donovan
(Tom 3 cyklu: Oddechy)
Po trudnych przeżyciach najpierw z dręczącą ją ciotką, a następnie z uzależnioną od alkoholu matką, Emma zupełnie odcięła się od tego, co było. Ale tylko pozornie. Ma nowe życie i nowych znajomych w Kalifornii, a mimo to każdego dnia ścigają ją te same wspomnienia. Broni się przed natrętnymi głosami z przeszłości, również za pomocą tego, czego tak się brzydzi -alkoholu. Tak rozpaczliwie próbuje zapomnieć i ochronić bliskich przed sobą samą…
Co jeszcze ją czeka? Czy nauczy się kochać siebie? Czy wybierze miłość i nadzieję zamiast rozpaczy i mroku? Czy Evanowi uda się ją ocalić? A może zrobi to ktoś inny?
Oto trzeci tom serii Oddechy - ostatnie spotkanie z Emmą i Evanem, ostatnia szansa na to, by wsiąść do kolejki górskiej i wstrzymać oddech aż do ostatniej strony…
Wstrzymacie oddech, gwarantuję.
Słodkie dzieciństwo.
Naszło mnie dzisiaj na wspomnienia...
Oto najważniejsze i najpiękniejsze elementy mojego dzieciństwa:
Oto najważniejsze i najpiękniejsze elementy mojego dzieciństwa:
Ulubiony duży różowy pluszowy miś.
Ulubiony sweter, który wydawał się rosnąć razem ze mną.
Kogel-mogel.
Sernik mamy.
Godziny grania w Commodore 64 z rodziną.
Następca Commodore 64 - Playstation i kolejne godziny grania z rodziną.
Ulubione bajki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























